W Walentynki zrobiłam sztuczne oddychanie bezdomnemu mężczyźnie
Zapada cisza. Zbyt osobista. Zbyt ciepła jak na chłodny lutowy poranek. W końcu wypuszcza powietrze i lekko się prostuje, znów stając się tym pewnym siebie człowiekiem z okładek magazynów. — Przyszedłem pani podziękować. I… — robi krótką pauzę — złożyć pewną propozycję. Moje serce natychmiast się napina. — Jaką?
Wskazuje w stronę limuzyny. — Pozwoli pani zaprosić się na śniadanie. Bez zobowiązań. Po prostu rozmowa. Mój rozsądek natychmiast podsuwa mi dziesięć powodów, żeby odmówić. Wczoraj mnie rzucili. Wyglądam okropnie. To dziwne.
To za dużo. Ale potem przypominam sobie ludzi odwracających wzrok w alejce. I to, jak ściskał mój nadgarstek. Powoli wypuszczam powietrze. — Dobrze… śniadanie. Dwadzieścia minut później siedzę już w cichej, jasnej restauracji na najwyższym piętrze hotelu. Panoramiczne okna, białe obrusy, delikatna muzyka.