W Walentynki zrobiłam sztuczne oddychanie bezdomnemu mężczyźnie

Czuję się tu prawie przypadkowo. Adrian — nie. On jest tu jak u siebie. — Czym się pani zajmuje, Brianna? — pyta, gdy przynoszą nam kawę. — Jestem grafikiem — odpowiadam. — W małym studiu. Kiwa głową, jakby zapamiętywał.

— Lubi to pani? Zastanawiam się. — Tak… ale czasami mam wrażenie, że utknęłam. Patrzy prosto na mnie. — Nie wygląda pani na kogoś, kto powinien gdziekolwiek utknąć. Z jakiegoś powodu od tych słów robi mi się ciepło w środku.

Rozmawiamy jeszcze prawie godzinę. Lekko. Niespodziewanie lekko. A kiedy już mam wychodzić, on nagle mówi: — Mam dla pani propozycję, Brianna. Natychmiast się prostuję. — Zawodową?

— W pewnym sensie. Wyciąga wizytówkę i kładzie ją przede mną. — Mój fundusz uruchamia nowy program społeczny. Potrzebujemy kogoś, kto zajmie się stroną wizualną i komunikacją. Kogoś… z właściwym sercem. Patrzę na wizytówkę. Potem — na niego. — Oferuje mi pan pracę… bo zrobiłam panu RKO?