Powóz zatrzymał się po długiej podróży przed odludnym dworem, otoczonym gęstymi lasami. Wiatr niósł ze sobą zapach dymu i spalonych liści, a ołowiane niebo przytłaczało wszystko. Izabela wysiadła, drżąc, opierając się o krawędź drzwi. Nie powitał jej żaden uśmiech, żadne miłe słowo. Tylko zimna cisza obcego miejsca.
Książę, którego wszyscy nazywali „panem na Arencurt”, skinął na nią, by poszła za nim. Jego chód był wykalkulowany, jakby każdy krok był rozkazem. Dziewczyna poszła za nim, a jej wzrok zatonął w gęstych cieniach dworu.
Stara panna wyszła jej na spotkanie, trzymając w ręku małą latarnię. Spojrzała na nią przelotnie, bezlitośnie i wskazała jej mały pokoik na najzimniejszym piętrze. Ściany były puste, a okno ledwo trzymało się na zawiasach.