Minął czas i nastał między nimi dziwny spokój. Nie była to miłość, nie na początku, ale ciche uznanie bólu drugiej osoby. Z tej ciszy narodziło się coś nieoczekiwanego – szacunek, potem troska, a w końcu szczere uczucie.
Gdy wiosna rozgorzała w lesie, Izabela pewnego ranka wyszła i zobaczyła białego konia pasącego się na podwórzu. Łzy napłynęły jej do oczu. To była cena jej straty, ale teraz wydawał się symbolem wyzwolenia.
Podeszła, delikatnie pogłaskała go po grzywie i wyszeptała:
— Nie zostałem kupiony… Zostałem uratowany, bez wiedzy kogokolwiek.
Zza jej pleców dobiegł cichy głos księcia:
— Może ja też, Izabelo. Może ja też.
W tym momencie słońce zaświeciło nad rezydencją, a wiatr przyniósł zapach świeżych kwiatów. To był początek nowego życia, zrodzonego z bólu, ale wyrosłego z odwagi.