Był ciepły, letni poranek. Dzieci bawiły się na podwórku. Naprawiłem ogrodzenie i szykowałem się do wyjścia na boisko. Nagle rozległ się głośny warkot silników.
Na naszą zakurzoną ulicę wjechały trzy lśniące, czarne samochody, takie, jakie widziałem tylko w telewizji. Zatrzymały się tuż przed bramą.
Sąsiedzi natychmiast wyszli na bramę. Niektórzy wdrapali się na ogrodzenie, żeby lepiej widzieć.
Z pierwszego samochodu wysiadł elegancko ubrany mężczyzna w garniturze. Z drugiego kobieta po pięćdziesiątce o surowym spojrzeniu. Z trzeciego kierowca otworzył drzwi.
Serce waliło mi jak oszalałe. Spojrzałam na Andreeę. Jej twarz zbladła.
Mężczyzna podszedł i powiedział wyraźnym głosem:
„Szukam Andrei Popescu od ponad dziesięciu lat”.