Wiele lat temu babcia Ana znalazła w lesie cztery osierocone wilczęta

Krzyczała najgłośniej, jak potrafiła. Nikt jej nie słyszał. Wieś była daleko, a las pochłaniał wszystko.

Mijały godziny. Zimno przenikało ją do szpiku kości, a myśli pobiegły do ​​czwórki młodych, które kiedyś wychowała. Pamiętała, jak spali blisko niej, jak patrzyli na nią swoimi wielkimi, wilgotnymi oczami, jakby rozumieli każde słowo. A potem, nieświadomie, wyszeptała szeptem:

— Och, chłopcy, gdybyście tu jeszcze byli…

Potem gorzko się zaśmiała. Co za bzdura. Wielkie, dzikie wilki, kto wie, gdzie teraz są. Może nawet już nie żyją.

Kiedy słońce zaczęło zachodzić, Ana była wyczerpana i pogodzona z myślą, że nigdy się stamtąd nie wydostanie.

Wtedy rozległ się szelest. Potem kolejny. Ciężkie, pewne kroki. Głębokie oddechy.

Ana instynktownie cofnęła się w kąt dołu.