Trzy wielkie cienie zbliżyły się do krawędzi.
Wilki.
Ale nie byle jakie wilki – rozpoznała je niemal natychmiast, mimo że były dorosłe, silne, z gęstym futrem i bystrym wzrokiem. Miały ten sam chód, ten sam sposób unoszenia pysków do wiatru.
To było niemożliwe… a jednak to były one.
Jeden z nich wydał z siebie krótki dźwięk, coś w rodzaju cichego skomlenia. Drugi pochylił się i zaczął skrobać łapami krawędź dziury. Wkrótce pozostała dwójka poszła w jego ślady. Ziemia zapadła się do środka, a dziura stała się mniej stroma.
Ana patrzyła na nich ze łzami w oczach. Nie mogła w to uwierzyć. Prawdziwe, dzikie wilki – a jednak traktowały ją jak małe dziecko.
Po kilku minutach dziura została na tyle „oswojona”, że Ana mogła oprzeć się o korzeń i wał ziemi. Z trudem, z bólem, wstała. Jeden wilk stał po jej lewej stronie, drugi po prawej, a trzeci szedł przed nią, niczym przewodnik. Towarzyszyli jej niczym gwardia honorowa.
Szli tak prawie kilometr, aż w końcu ukazało się ogrodzenie jej domu.