Chata skrzypiała przy każdym wietrze, a deszcz sączył się przez zardzewiałe kawałki blachy. Nocą chłód przenikał ich do kości, ale nikt nie narzekał. Nie mieli już gwoździ.
Ion budził się przed świtem, gdy wzgórze wciąż spowijała gęsta mgła. Zawiązywał pasek na znoszonej koszuli, brał kilof i zaczynał od nowa. Kamień po kamieniu. Bez przerwy. Bez litości dla własnego ciała.
Pewnego ranka kilof uderzył w coś innego. Nie w suchy kamień. W głuchy odgłos. Kopał gołymi rękami, a spod warstwy głazów wyłoniła się czarna, mazista ziemia.