Zostawili dziecko w worku jutowym na pewną śmierć.
O świcie, gdy teksańskie niebo dopiero zaczynało migotać nad suchymi wzgórzami za San Angelo, Caleb Dawson już dosiadał konia i jechał wzdłuż ogrodzenia rancza Dawson Ridge. Mając czterdzieści pięć lat, Caleb znał każdy akr swojej ziemi: zakręty strumienia, skrzypienie każdej furtki, sposób, w jaki wiatr przemykał przez drzewa mesquite.
Był wysoki, barczysty, o życzliwych oczach, które od razu uspokajały nieznajomych. Ale za tym pogodnym spojrzeniem krył się smutek, który nigdy nie osłabł. Dziesięć lat wcześniej pożar w jego domu pochłonął jego żonę Lily i nowonarodzonego syna. Od tamtej pory Caleb pracował. Milczał. Przeżył.