Droga w górę była długa i cicha. W powietrzu rozbrzmiewał tylko warkot starego silnika i ciężki oddech Iulii. Strajer, leżący między krzesłami, co jakiś czas unosił głowę, jakby sprawdzał, czy wszystko w porządku.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, chata była pokryta mchem i roztopionym śniegiem. Dach wisiał krzywo, a drzwi skrzypiały jak westchnienie. Ale to był dach. To była nasza wolność.
Rozpaliłem ogień w piecu i przykryłem stopy Iulii kocem. Jej zmęczone oczy na chwilę się rozbłysły.