W ciągu tygodnia zrobiła trzy komplety. W ciągu miesiąca dziesięć. Oleg wrócił z telefonem. Potem z małym zamówieniem. Potem z większym.
Pieniądze na początku nie były duże. Kilkaset lei. Ale były jej. Zrobione własnymi rękami.
Denis zauważył zmianę. Nie skomentował. Raz powiedział tylko:
– Jesteś… inna.
Nadia się uśmiechnęła. Nie dla niego. Dla niej.
Po roku jej biżuteria była sprzedawana w trzech piekarniach w Bukareszcie i w sklepie niedaleko Braszowa. Na metce wyszyto proste, rumuńskie imię.
Pewnego wieczoru, siedząc przy stole z dziećmi, Nadia coś zrozumiała.
Nie wszyscy ludzie gubią się od razu. Niektórzy gubią się stopniowo. A kiedy już się odnajdują, nie pytają nikogo o pozwolenie.
I po raz pierwszy od wielu lat nie wstydziła się siebie.