wydał swoją córkę za mąż

„Jesteś w rękach losu” – odpowiedziała cicho Zajnab.

Gdy pierwsze szare światło świtu przedostało się przez okiennice, gorączka chłopca ustąpiła. Rana została oczyszczona, tętnica zszyta z delikatnością koronczarki. Jusza siedział na krześle przy kominku, a jego ręce drżały, pokryte krwią syna wroga.

Posłaniec, który obserwował ich z kąta, zrobił krok naprzód. Spojrzał na srebrne instrumenty na stole, a potem na twarz Juszy, teraz w pełni odsłoniętą w porannym świetle.

„Pamiętam cię” – powiedział posłaniec. „Byłem chłopcem, kiedy zmarła córka gubernatora. Widziałem twój portret na rynku. Wyznaczono nagrodę za twoją głowę, która miała obowiązywać przez pięć lat”.

Jusza nie podniósł wzroku. „To dokończ to. Wezwij straże”.

Posłaniec spojrzał na śpiącego chłopca – dziedzica prowincji, ocalonego przez człowieka, którego skazali. Spojrzał na Zajnab, która stała niczym wartownik, z niewidzącym wzrokiem wpatrzonym w posłańca, jakby widziała zgniliznę jego duszy.

„Mój pan jest okrutnym człowiekiem” – powiedział cicho posłaniec. „Jeśli powiem mu, kim jesteś, zabije cię, by ratować własną dumę. Nie może zawdzięczać życia syna „mordercy”.

„Więc dlaczego zostajesz?” – zapytała Zajnab.

„Bo chłopiec” – posłaniec wskazał na łóżko – „nie jest taki jak jego ojciec. Mówił o „aniele”, odpływając w dal. Ma serce, którego miasto jeszcze nie zahartowało”.

Posłaniec wyciągnął rękę i wziął ze stołu srebrny skalpel. Nie użył go na Juszy. Zamiast tego podszedł do ognia i wrzucił go w rozżarzone węgle.