Marina nawet nie podniosła głowy. Ton Michaiła brzmiał tak, jakby nie była mu żoną, lecz gospodynią, która spóźniła się na zmianę. Papier szurał pod jej palcami jak jesienne liście pod nogami — wszystko wypadało jej z rąk, a w piersi stała gula.
— Już robię — odparła cicho, żeby nie było słychać drżenia głosu.
Na kuchence bulgotał garnek, w oknie migały blade latarnie — zwyczajny wieczór w zwyczajnym mieszkaniu, w którym od dawna nie pachniało ciepłem. Październik ścisnął miasto chłodem, a w ich domu zima zaczęła się wcześniej niż w kalendarzu.
Michał, trzydzieści sześć lat, kanapowy strateg i ekspert od telewizora, nawet nie odwrócił głowy. Na nim — rozciągnięte dresy i koszulka z tygodniową plamą po sosie. Jego ulubiona forma egzystencji.