— Wynoście się z mojego domu! To mieszkanie odziedziczyłam, a wy nie j

Boże, za co ona się tak kurczowo trzymała tego małżeństwa przez tyle lat? Chyba z rozpędu. Przyzwyczaiła się być „wygodna”, żeby nie kołysać łodzi. Tylko że ta łódź dawno miała pęknięcia, a woda sięgała już po kolana.

I wtedy, jak na zamówienie losu, zadzwonił domofon.

Marina drgnęła — ten dźwięk rozpoznałaby nawet we śnie.

Swietłana Pietrowna. Teściowa. Kobieta, której pojawienie się zawsze oznaczało jedno: burzę, przesłuchanie i co najmniej trzy kąśliwe uwagi do kolacji.

— Misza, otwórz, to mama — powiedziała Marina, nie odrywając wzroku od kuchenki.

— O, mama przyszła! — ożywił się, jakby przyszła nie matka, lecz wypłata.

Rozległ się trzask zamka i po chwili w przedpokoju zabrzmiał jej energiczny głos:

— Synuś mój! Jak żyjesz, nie głodujesz bez normalnego jedzenia?

Marina przewróciła w myślach oczami. No i zaczęło się.

— Mamo, wchodź — rozpromienił się Michał, obejmując matkę. — Marina robi kolację.