— Kolację? — powtórzyła teściowa, idąc do kuchni z miną inspektora sanitarnego. — No, zobaczymy, jakie to dziś wymyślne danie.
— Wynoście się z mojego domu! To mieszkanie odziedziczyłam, a wy nie j
Obrzuciła kuchenkę spojrzeniem prokuratora oglądającego dowody i parsknęła:
— Kotlety? Przynajmniej nie kupne? Facet musi jeść prawdziwe jedzenie, a nie tę gumę!
Marina zacisnęła usta, żeby się nie odezwać.
Ile lat można słuchać tego samego?
— Domowe — powiedziała krótko, stawiając talerz na stole.
— Aha, domowe… — przeciągnęła Swietłana Pietrowna. — Ostatnio tak je przesoliłaś, że Misiniek cały wieczór wodę pił.
— Mamo, przestań — powiedział cicho Michał, choć bez przekonania. — Marina się stara.
— Stara? — teściowa rozłożyła ręce. — Ciekawe, jakby się starała, gdybyś jej nie ciągnął! Wszystko na tobie się trzyma, synku!
Marina odwróciła się do niej powoli, jak do węża szykującego się do ukąszenia.
— Swietłano Pietrownо, może wystarczy? — powiedziała spokojnie. — Jesteśmy dorośli, obejdziemy się bez egzaminów.