— Wynoście się z mojego domu! To mieszkanie odziedziczyłam, a wy nie j
— Ja wam dobrze życzę — obruszyła się teściowa. — Chcę, żeby w domu był porządek, żeby mój syn jadł, odpoczywał, żył jak człowiek, a nie jak jakiś… nieszczęsny kawaler!
„Nieszczęsny” siedział obok i jadł kotlet z miną człowieka, któremu wszystko jedno — kto siedzi obok i co ma na talerzu.
Marina czuła, jak w niej wrze, ale milczała.
Automatycznie sprzątała ze stołu, zmywała naczynia, słuchając, jak dwie jej „najbliższe osoby” dyskutują o wiadomościach, kredytach i sąsiadach.
Czuła się jak cień we własnym domu.
A potem, gdy Swietłana Pietrowna w końcu wyszła, zostawiając za sobą zapach perfum i smugę wyrzutów, Michał podszedł do Mariny z tą samą miną, którą miał zawsze po wizycie matki.
— Marinka, no, nie obrażaj się, dobrze? Mama się tylko martwi.
— Oczywiście — uśmiechnęła się krzywo. — Z miłości do ludzkości, tak?
— No, w czymś ma rację — dodał niepewnie. — Mogłabyś być bardziej… aktywna, weselsza. Chodzisz, jakby ci się świat zawalił.
Marina zacisnęła usta, czując drżenie gdzieś głęboko w środku.
„Bardziej aktywna” — powtórzyła w myślach. Ciekawe, czy on też by tak mówił, gdyby sam dźwigał i pracę, i dom, i wieczną krytykę własnej matki?
Spojrzała na Michała — i nagle zrozumiała jasno: nie czuje do niego nic.