Po tym wieczorze cisza w domu wydawała się inna. Nie była to już przyjemna cisza, lecz ciężka, niczym cień, który osiada na duszy. Wiera pracowała więcej niż zwykle – dwa razy zmywała naczynia, układała ubrania dzieci, odkurzała meble, których nawet nie było widać.
Maksim spojrzał na nią bez słowa. Wiedział, że cierpi, ale nie mógł nic zrobić, by ukoić jej ranę. Trudno mu było wybrać między matką a żoną, ale kiedy zobaczył Wierę odchodzącą bez podnoszenia głosu, z dziećmi na rękach, zrozumiał, że prawdziwa miłość nigdy nie krzyczy. Po prostu milknie i odchodzi.
Mijały dni, a dzieci szybko się do tego przyzwyczaiły. Tylko on wieczorami zostawał sam, ze swoimi myślami. Czasami podnosił słuchawkę i patrzył na numer mamy, ale potem odkładał słuchawkę. Nie był gotowy na wymówki.
Pewnej niedzieli Vera podeszła do niego z filiżanką herbaty. „Jedziemy do twojej mamy” – powiedział po prostu. Maksym uniósł brwi, zaskoczony. „Nie sądzę, żeby to był odpowiedni moment…”