— Wiem wystarczająco dużo — powiedział. — Zrobiła pani to, czego inni nie mieli odwagi. Wybrała człowieka, a nie wizerunek. W mojej firmie to znaczy więcej niż jakikolwiek dyplom.
Kilka godzin później, gdy całe zamieszanie ucichło, Emilia siedziała w swoim nowym biurze, patrząc przez ogromne okno na miasto lśniące w blasku zachodzącego słońca. Wciąż nie mogła uwierzyć w to, co się stało.
Na biurku leżała mała notatka, napisana odręcznie elegancką kaligrafią:
„Odwaga nie mierzy się wielkimi decyzjami, ale drobnymi gestami, gdy nikt nie patrzy”.
Podpis był prosty: M. Tomescu.
Następnego dnia cała firma mówiła tylko o „dziewczynie, która uratowała ojca dyrektora”. Niektórzy patrzyli na nią z zazdrością, inni z szacunkiem. Ale Emilia nie czuła się jak bohaterka. Czuła po prostu, że zrobiła to, co naturalne.
Podczas przerwy obiadowej podszedł do niej starszy pan. Miał ciepły uśmiech i w dłoni trzymał małą siatkę.
— Przyniosłem ci ciasta, które upiekłem. To mój sposób na podziękowanie.
Uśmiechnęła się szeroko, podekscytowana.