Z lasu wyłoniły się trzy osoby.

Nie wykonał gwałtownego ruchu. Nie wyprostował się całkowicie. Całe jego ciało wiedziało: najważniejsze teraz było nie prowokować. Ranny wilk ciężko dyszał, z pyska buchała mu para, krew rozlewała się niczym ciemna plama na białym śniegu obok złamanej nogi. Spróbował wstać, ale natychmiast upadł, cicho stękając z bólu.

Jeden z wilków zrobił krok naprzód. Kobieta widziała, jak mięśnie napinają się pod gęstym, zimowym futrem. Zamknęła na chwilę oczy, jakby zbierała siły, po czym powoli, bardzo powoli, wyciągnęła rękę i położyła ją na szyi rannego zwierzęcia. Jej dłoń była sucha i ciepła, pomimo przenikliwego zimna.

„Nie jestem wrogiem” – wyszeptał, nie wiedząc nawet, do kogo mówi: do watahy czy do siebie.