Z lasu wyłoniły się trzy osoby.
Wilki nie zaatakowały. Po prostu stały i patrzyły. Ich wzrok był poważny, badawczy. Nie był to gniew, lecz raczej rozwaga. Kobieta przypomniała sobie, co powiedział kiedyś jej mąż: wilk rzadko atakuje bez powodu. Jest inteligentniejszy, niż nam się wydaje. Wyczuwa strach, ale i intencje.
Ranny wilk przechylił głowę na bok i wydał z siebie niski skowyt. Nie był to dźwięk grozy, raczej skarga. Jedno ze zwierząt stojących na skraju lasu odpowiedziało krótkim, głębokim wyciem. W tym dźwięku było coś więcej niż tylko sygnał – dźwięczał niepokój.
Kobieta wiedziała: jeśli zostawi go teraz samego, wilk nie przeżyje. Miał złamaną nogę, może kość przebiła skórę. Nie mógł tak polować. A wataha nie mogła na niego długo czekać.
Ostrożnie podniósł się na kolana i, nie odrywając wzroku od pozostałych, zaczął powoli cofać się w stronę brzegu, gdzie leżał jego pień. Wyjął z torby stary wełniany szalik, po czym podszedł bliżej zwierzęcia i delikatnie owinął jego tylną nogę. Wilk skrzywił się z bólu, ale nie ugryzł. Po prostu na niego spojrzał – a w tym spojrzeniu nie było dzikiej furii, raczej znużenia i dziwnego zaufania.