Z samochodu wysiadł mężczyzna. Młody, około trzydziestki, w bluzie z kapturem i z twarzą,

Z samochodu wysiadł mężczyzna. Młody, około trzydziestki, w bluzie z kapturem i z twarzą, która nie wyglądała ani na winną, ani na spokojną — raczej na zmęczoną. Tak zmęczoną, jakby nie spędził nocy w domu. Pies ruszył do przodu tak gwałtownie, że smycz napięła się do granic możliwości, a metalowa noga ławki zadźwięczała. Ogon zaczął wirować, całe jego ciało rozświetliło się nadzieją. — Rex! — wyrwało się mężczyźnie. Ten ton. Nie był obcy. Nie był obojętny. Był rozpaczliwy. Pies znów zapiszczał, tym razem głośniej, próbując się do niego dostać. Ludzie wokół zesztywnieli. Markéta Evansová założyła ręce na piersi. — To pana pies? — zapytała ostro. Mężczyzna skinął głową. Przełknął ślinę. — Tak. Przepraszam. Ja… przyjechałem po niego. Nikt się nie poruszył. — „Na noc”? — odezwał się Tomáš. — To wydaje się panu normalne? Mężczyzna przesunął wzrokiem po wszystkich twarzach. Po siedzącym na ziemi Lukášu. Po Anna-Marie z wózkiem. Po mnie. — Nie — powiedział cicho. — Nie jest. A potem dodał: — Ale nie miałem innego wyjścia. To zdanie zawsze dzieli tłum na pół. Jedni słyszą w nim wymówkę. Drudzy — ból. — Jakiego wyjścia? — zapytałem spokojniej niż pozostali. Mężczyzna potarł twarz dłonią. — Wczoraj wieczorem zawiozłem mamę do szpitala. Nagle. Zasłabła. Karetka nie przyjechała od razu.