Z samochodu wysiadł mężczyzna. Młody, około trzydziestki, w bluzie z kapturem i z twarzą,

Nie miałem komu go zostawić. Sąsiedzi wyjechali. Rodziny nie mam. Nie chciałem zostawiać go samego w mieszkaniu na dwa dni, kiedy nie wiedziałem, co będzie. Więc przywiązałem go tutaj…

Myślałem, że rano wrócę. Ale zatrzymali ją. Operacja. Telefon mi się rozładował. Cisza. Pies tymczasem dyszał, próbując podejść bliżej, aż musiałem instynktownie złapać smycz, żeby się nie zranił. — I to wydało się panu rozwiązaniem? — zapytała Markéta. Mężczyzna spojrzał jej w oczy. — Nie. Ale to było jedyne, co miałem. Na taką odpowiedź trudno krzyczeć. Spojrzałem na psa. Nie był już tylko „na noc”. Był Rexem. A Rex trząsł się z radości. — Jak długo pańska mama będzie w szpitalu? — zapytałem. — Jeszcze tam jest. Jej stan jest stabilny. Ale to potrwa. Lukáš podniósł się z ziemi. — Więc dlaczego nie odwiązał go pan od razu? Mężczyzna pokręcił głową. — Najpierw chciałem zobaczyć, czy jeszcze tu jest. To zdanie zabrzmiało cicho. I było szczere. Bo jest jeszcze ta druga możliwość, o której nikt nie mówi — że czasem człowiek wraca i boi się, że już nikogo nie zastanie. Podszedłem do węzła. Rozwiązałem go powoli. Rex rzucił się do mężczyzny, prawie go przewracając. Skakał na niego, lizał mu ręce, twarz, bluzę.