Z samochodu wysiadł mężczyzna. Młody, około trzydziestki, w bluzie z kapturem i z twarzą,
Mężczyzna uklęknął prosto na asfalcie. I rozpłakał się. Nie teatralnie. Nie głośno. Tak, jak płacze ktoś, kto przez ostatnie dwanaście godzin trzymał wszystko w sobie. Nikt już nic nie powiedział. Markéta cicho odchrząknęła i podała mu miskę z wodą. — Przynajmniej daj mu się napić — mruknęła. Anna-Marie uśmiechnęła się lekko. Lukáš odwrócił wzrok, żeby nie było widać wilgoci w jego oczach. Tomáš tylko westchnął. Zauważyłem zadrapania na pysku Rexa. — Bił się z kimś? — zapytałem. Mężczyzna skinął głową. — Wczoraj wieczorem.
Chciałem zabrać go do domu, ale wyrwał mi się, kiedy przyjechała karetka. Myślał, że odjeżdżam bez niego. Spojrzałem na psa. Stał teraz spokojnie obok niego, jakby wszystko znów było w porządku. — Proszę posłuchać — powiedziałem do mężczyzny. — Jeśli sytuacja w szpitalu będzie trudna… może go pan przyprowadzić do mnie do gabinetu. Mam ogród. Nie będzie przywiązany. Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony. — Naprawdę? — Naprawdę.