Szłam do biura małymi krokami, jakby zwolnienie tempa mogło opóźnić to, co miało nadejść. W biurze było zbyt jasno, a szef, pan Ionescu, siedział prosto przy stole, z zaciśniętymi dłońmi. Przed nim, na biurku, leżała gruba, biała koperta.
„Proszę usiąść” – powiedział.
Serce waliło mi w uszach. Siedziałam na skraju krzesła, gotowa na reprymendę, ostrzeżenie, a może nawet zwolnienie. W moim wieku utrata pracy to nie przygoda. To przepaść.
„Ana” – zaczął – „wczoraj wieczorem zapłaciłaś za klienta z własnych pieniędzy”.