Ale za każdym razem, gdy się wahał, wilk wracał. Otarła się o jego nogę. Czekałem. Nie nalegał. Nie odciągałem go. Tylko… był tam.
I to wystarczyło.
Szli godzinami, które wydawały się wiecznością.
Aż nagle Miguel usłyszał coś, co rozdarło mu pierś.
Ale za każdym razem, gdy się wahał, wilk wracał. Otarła się o jego nogę. Czekałem. Nie nalegał. Nie odciągałem go. Tylko… był tam.
I to wystarczyło.
Szli godzinami, które wydawały się wiecznością.
Aż nagle Miguel usłyszał coś, co rozdarło mu pierś.
Szczekający pies.
A potem jeszcze jeden.
Głosy ludzkie.
Kobieta śmiejąca się w oddali.
I niepowtarzalny zapach świeżo przygotowanych tortilli na comalu.
Ludzie.
Miguel padł na kolana na skraju lasu. Nie płakał jak ktoś, kto się boi. Płakał jak ktoś, kto się odradza.