Wtedy Elena zdała sobie sprawę, że choroba dziecka nie była zwykłym zbiegiem okoliczności. Coś lub ktoś go rozchorował. Cisza w domu, surowe zasady i całkowity brak jakiegokolwiek prawdziwego śledztwa nie wydawały się już zwykłymi środkami bezpieczeństwa. Wyglądały jak tuszowanie.
Zagryzła wargę, zdeterminowana. Jeśli chciała uratować dziecko, nie mogła pozostać biernym obserwatorem.
Tej nocy, gdy dom spał, Elena wróciła do pokoju. Wyjęła wszystkie poduszki, otworzyła każdą z nich, a proszek był obecny we wszystkim, nawet w pluszowych zabawkach. Jej kolana już drżały. Z telefonem w dłoni potajemnie robiła zdjęcia i wysyłała je do kolegi z uniwersytetu, który specjalizował się w toksykologii.
W niecałe dziesięć minut jej kolega wysłał jej wiadomość:
„Eleno, nie wiem, jak ci powiedzieć, ale substancja na zdjęciu przypomina proszek stosowany w mikrodawkach do długotrwałego uspokojenia. Może powodować osłabienie fizyczne, skurcze mięśni, brak energii, apatię, ryzyko zatrzymania oddechu. NIE POZWÓL MU NA NICH SPAĆ!”
Elena poczuła, jak krew zamarza jej w żyłach.