Alina zdjęła płaszcz z tyłu i wyszła, nie oglądając się za siebie. Jej kroki odbijały się echem od schodów budynku, mieszając się z echem jej własnego gniewu. Na zewnątrz zimny jesienny wiatr uderzył ją w twarz, ale to chłód ją obudził.
Wzięła głęboki oddech, jakby każdy oddech oczyszczał ją z upokorzenia. Zatrzymała się przy samochodzie, ale ręce trzęsły jej się zbyt mocno, by mogła znaleźć kluczyki. „Zrobione” – pomyślała. „Tym razem naprawdę koniec”.
Doszła do kresu wytrzymałości. Latami starała się być idealną żoną: troskliwą, spokojną, dyplomatyczną. Znosiła ostre słowa, pogardliwe spojrzenia i dziesiątki wizyt teściowej, która traktowała ją jak służącą. Ale teraz czuła, że przekroczyła niewidzialną granicę.