Maria wstała, spojrzała na niego przez kilka długich sekund i powiedziała ciepłym głosem:
— Nie mnie cię osądzać. Życie już to zrobiło. Żyłem zgodnie ze swoim przeznaczeniem: wychowałem ich, kształciłem, nauczyłem ich być ludźmi. To ty zmarnowałeś trzydzieści lat, nie ja.
Potem zwrócił wzrok na dzieci:
— Jeśli chcecie go poznać, sami zdecydujcie. Zamknąłem ten rozdział.
Pięciu braci postanowiło go poznać nie dlatego, że go kochali czy czuli się z nim blisko, ale dlatego, że nauczyli się od matki, że przebaczenie nie osłabia, lecz wyzwala.
W końcu rodzina opuściła szpital z Marią pośrodku. Szli powoli, z wysoko uniesionymi głowami. Ludzie patrzyli na nich, ale po raz pierwszy ich spojrzenia nie bolały.
Od tego dnia ich historia nie była już historią o porzuceniu, ale o sile matki, która zrozumiała najważniejszą prawdę na świecie:
To nie krew tworzy rodzinę.
To miłość ją tworzy.