Nigdy nie traktowała go jak „uratowanego” dziecka. Traktowała go jak wnuka. Jak dar, który los jej zesłał po stracie Sofii.
A ja stałam się inną osobą. Pracowałam, uczyłam się, chodziłam na kursy, pracowałam w sklepach, a potem w małej firmie. Oszczędzałam pieniądze, remontowałam z nią dom. Odnalazłam spokój, którego nigdy nie myślałam, że znów poczuję.
Wtedy, pewnego letniego popołudnia, w drzwiach pojawili się moi rodzice.
Z kwiatami. Z drżącymi głosami. Z żalem przygotowanym jak przemówienie.
— Chcemy zobaczyć chłopca — powiedziała mama.
Minęło dwadzieścia lat. Dwadzieścia.
I spojrzałem na nich, po czym odsunąłem się trochę na bok i wskazałem na podwórko.
Przy drewnianym stole, pod wiśnią, Dariusz śmiał się ze starszą kobietą o siwych włosach i łagodnych oczach.
— Oto jego babcia — powiedziałem cicho. Jedyna, jaką kiedykolwiek miał.
I nic nie dodałem. Nie było potrzeby.