Weszłam do dużego pokoju. Drzwi stały otworem. W miejscu wpuszczanego zamka ziała brzydka dziura z poszarpanymi krawędziami forniru — Oleg wyrwał mechanizm z korzeniami, najwyraźniej z czystej złośliwości.
Zięć wstawił zamek do pokoju w moim mieszkaniu: „To nasza prywatna prz
Przejechałam dłonią po drewnie. Nic. Drzwi wymienię. Albo zakleję. Blizny bywają nie tylko na ludziach, ale i na mieszkaniach, które przeszły trudne czasy.
Zajrzałam do kuchni. Mojego królestwa.
Zdjęłam z lodówki łańcuszek — głupią ochronę, która w gruncie rzeczy nie była potrzebna. Siergiej Pietrowicz, gdy go zakładał, powiedział mądre słowa: „Zamki, Siergiejewno, nie są przecież na obcych. Zamki są na swoich. A przed swoimi nie ma zamków — przed swoimi tylko sumienie ratuje”.

Włączyłam czajnik. Wyjęłam ulubiony kubek — cienką porcelanę, którą Oleg wiecznie próbował strącić łokciem.
Na telefon przyszła wiadomość od Leny:
„Jesteśmy u teściowej. Kanapa jest zepsuta.
Jesteś zadowolona? Rozwaliłaś rodzinę”.