Paliła mnie nie tyle krzywda, że zajęli pokój. Tylko to, jak zwyczajnie mnie przesunęli. Jak stary mebel, którego szkoda wyrzucić, ale który nie pasuje do wystroju.
„Granice, tak?” — szepnęłam w ciemność. — „Dobrze. Będziecie mieli granice”.
Paliła mnie nie tyle krzywda, że zajęli pokój. Tylko to, jak zwyczajnie mnie przesunęli. Jak stary mebel, którego szkoda wyrzucić, ale który nie pasuje do wystroju.
„Granice, tak?” — szepnęłam w ciemność. — „Dobrze. Będziecie mieli granice”.
Wstałam, narzuciłam szlafrok i wyszłam na korytarz. Cicho, żeby nie zaskrzypiała deska. W przedpokoju wesoło mrugał zielonymi diodami router. Internet opłacałam ja — najdroższy pakiet, bo Oleg potrzebował wysokiej prędkości do swoich gier online.
Potem — kuchnia. Moja ukochana kuchnia. Lodówka wypchana jedzeniem. Połowę kupowałam ja, połowę oni, ale znikało to wszystko głównie dzięki wysiłkom zięcia.
Plan narodził się natychmiast. Spokojny i wyrachowany.
Ruch zwrotny
Następnego dnia wzięłam wolne.
Gdy tylko młodzi wyszli: Lena do biura, Oleg „na spotkanie” (w południe, oczywiście) — otworzyłam notes.
— Halo, panie Sergiuszu Pietrowiczu? Tu Maria Siergiejewna. Tak, znowu potrzebuję pomocy. Nie, kran jest w porządku. Muszę wstawić zamek. Pilnie. I jeszcze… ma pan zawiasy do kłódki? Tak, do lodówki. Niech się pan nie dziwi.
Siergiej Pietrowicz, złota rączka, przyjechał szybko. Nie zadawał zbędnych pytań, tylko mruknął, kiedy poprosiłam, by wstawił wkładkę do drogiej kuchennej framugi.
— Szkoda forniru, Siergiejewno.