Zięć wstawił zamek do pokoju w moim mieszkaniu: „To nasza prywatna prz

— Uff, co za pogoda — burknął, nie zdejmując butów, idąc w głąb mieszkania. — Mario Siergiejewno, u nas co, internet zniknął? Jeszcze w windzie próbowałem się podłączyć — nic nie łapie.

Wyciągnął telefon, stukając zmarzniętym palcem w ekran.

— Zasięg jest, ale hasło nie pasuje. Pani coś grzebała w ustawieniach?

Odwróciłam stronę.

— Grzebałam, Oleg. To mój router. Moja — jak to nazywasz — techniczna przestrzeń.

Zamarł. Powoli podniósł na mnie oczy. W jego spojrzeniu było szczere niedowierzanie — jakby przemówił taboret.

— To znaczy jak? Ja muszę pracować. Mam projekt… to znaczy, rozmowę za dziesięć minut! Proszę podać hasło.

— Nie mogę — odpowiedziałam spokojnie. — Hasło jest trudne, nie pamiętam go. A karteczkę zgubiłam. Ale proszę się nie martwić — przecież masz internet w telefonie.

Oleg poczerwieniał.

— Pani żartuje? Ja za ten internet… — urwał. Bo płaciłam ja. — Dobra. Jestem głodny. Lena wróci, to się wyjaśni.