„Jutro” – powiedział. „Ósma rano. Do zobaczenia”.
Głos Roxany drżał. „Za co?”
Jego oczy nie drżały.
„Za pracę, która naprawdę należy do mnie”. Lekko pochylił się do przodu. „I za początek procesu, który sprawi, że niektórzy pożałują dnia, w którym grozili kobiecie, której potrzebne było tylko krzesło”.
Następnego dnia, punktualnie o ósmej, Roxana stała przed starym budynkiem przy ulicy Armenească.
To nie było biuro korporacyjne. Nie było marmurowej recepcji ani złotych logo na ścianie.
To była kancelaria prawna.
Oktawian przyjechał dwie minuty po niej. Bez kierowcy. Bez eskorty. Tylko on, z teczką pod pachą.
Nie uśmiechnął się.
Ale nie miał już tego zimnego spojrzenia.
Wspięli się razem po wąskich schodach. W małym biurze, pachnącym mocną kawą i starymi aktami, czekała na nich kobieta po pięćdziesiątce.
„Pani Mecenas Preda” – powiedział krótko Oktawian. „Zaczynajmy”.
Roxana wciąż nie rozumiała.
Ale kiedy Oktawian położył na stole umowę z firmą sprzątającą i zaczął mówić o niepłaconych godzinach pracy, nielegalnych warunkach, fałszywych zeznaniach dotyczących śmierci ojca… coś się zmieniło.
Jego głos był spokojny.
Ale każde słowo było jak młot.