W każdą niedzielę przez ostatnie dwa lata jeździłem na kolację do ich rezydencji w Lake Forest. Dom, z białymi kolumnami i nieskazitelnymi trawnikami, uosabiał ambicje Prestona. Ironia losu była tak gęsta, że aż przytłaczała: kredyt hipoteczny na ten dom został pośrednio spłacony dywidendami z mojej własnej spółki holdingowej. Usiadłem przy ich stole, starannie kroiłem pieczeń wołową i wsłuchiwałem się w jad.
Zobaczyłem mojego syna siedzącego na ławce w parku z dzieckiem
„Marcus, kto trzyma taki kieliszek?” Preston skrzywił się, energicznie poprawiając jedwabną serwetkę. „To rocznikowy Cabernet, a nie jakieś lokalne piwo. Trzeba mieć… wyrafinowanie, żeby docenić coś takiego”.
Tiffany ze swojej strony po prostu uśmiechnęła się zimno, głaszcząc diamentową bransoletkę, na którą Marcusa, jak wiedziałam, nie było stać. Nigdy go nie broniła. Co gorsza: sprawiała wrażenie, jakby czerpała radość z jego upokorzenia. Uważała mojego syna za pożyteczny, ale nieco wadliwy dodatek.