Pomogłem im wstać. Kolana im trzeszczały, zupełnie jak ich życie w tamtej chwili. Wsiadłem do samochodu i włączyłem klimatyzację. Kobieta zamknęła oczy i westchnęła głęboko, jakby dopiero wtedy pozwoliła sobie na oddech.
Po drodze opowiedzieli mi swoją historię. Nazywali się Elena i Gheorghe. Całe życie byli prostymi ludźmi ze wsi, którzy przeprowadzili się do miasta, żeby być blisko swoich dzieci. Sprzedali dom rodzinny, odłożyli pieniądze „na czarną godzinę”. Nadeszły czarne godziny, ale nie takie, jakich się spodziewali.
Ich dzieci, dwóch chłopców i dziewczynka, pokłóciły się o pieniądze, opiekę i odpowiedzialność. Tego ranka powiedzieli im, że zabierają ich „na świeże powietrze”, kawałek za miasto. I tam ich zostawili.
Zabrałem ich do siebie. Nie miałem wiele, skromne, ale czyste mieszkanie. Ugotowałem im zupę, położyłem świeżą bieliznę na kanapie. Elena cicho płakała, a Gheorghe siedział prosto, jakby wciąż próbował być filarem rodziny.
Wieczorem, gdy trochę się uspokoili, Gheorghe poprosił mnie, żebym usiadł.