„Panie doktorze, jest coś, co musi pan wiedzieć”.
Wyjął z kieszeni grubą, zniszczoną kopertę. W środku były dokumenty. Stare, zadbane papiery. „Mamy trochę pieniędzy. Dużo. Ze starego spadku, po wujku, który wyjechał z kraju. Dzieci nigdy nie dowiedziały się dokładnej kwoty”.
Rozumiałem wtedy śmiech tamtego ranka. „Zobaczymy, jak sobie bez nas poradzą”.
Nie porzucili ich, bo nie mieli pieniędzy. Porzucili ich, bo chcieli pieniędzy.
W kolejnych dniach pomogłem im skontaktować się z notariuszem. Podjęli decyzję, która odebrała mi mowę. Nie dali dzieciom nic. Ani jednego leju.
Część przekazali na dom opieki w powiecie. Część na stypendia dla dzieci z biednych wiosek. Zatrzymali wystarczająco dużo, by żyć spokojnie, bez zmartwień, bez strachu.
Pewnego ranka Gheorghe włożył mi kopertę do ręki.