Zrzucili mnie i mojego męża z klifu

Skinąłem głową, choć nawet nie wiedziałem, w którą stronę prowadzi ta „stara część”. Nogi mi się trzęsły, ale wstałem. Ernest złapał mnie za ramię i razem zaczęliśmy czołgać się między skałami i gałęziami, z dala od ścieżki.

W powietrzu unosił się zapach mokrej trawy i gnijących liści. Las był upiornie cichy, jakby nas słuchał.

— Ernest… co zrobiłeś? — zapytałem szeptem, a serce waliło mi w uszach.

Zamilkł na kilka sekund. Zbyt długo.

— Jakieś dwadzieścia lat temu… zanim Iulian skończył liceum… pomogłem komuś z pieniędzmi. Była wtedy duża presja, niektórzy ludzie w mieście mieli problemy z lichwiarzami. Chciałem pomóc. Ale ci ludzie nie byli tacy, na jakich wyglądali. A ja… podpisałem coś, czego nie powinienem. Papier wartościowy na moje nazwisko. Ogromne odsetki.