Zrzucili mnie i mojego męża z klifu

Kiedy zbliżyłam się do drogi, zobaczyłam radiowóz żandarmerii. Uniosłam ręce i krzyknęłam najgłośniej, jak potrafiłam. Ernest upadł na kolana, a ja chwyciłam go za ramiona, drżąc.

„Proszę… pomóż nam!”

Żandarmi rzucili się ku nam.

I po raz pierwszy odkąd rozpoczął się koszmar, poczułem, że mamy prawdziwą szansę. Szansę na powstrzymanie całego tego szaleństwa. Na ocalenie naszej rodziny. A może nawet naszych dusz.

Bo czasami, nawet po tym, jak wpadłeś w pustkę, istnieje droga powrotna do światła.