Augustine spojrzał na chłopca, jakby zobaczył ducha.

„Chciałem cię chronić. Nas. Maria powiedziała, że ​​go zabierze. Da mu spokojne życie. Bez presji. Bez twoich ambicji”.

W Augustynie szalała burza – ból i zrozumienie jednocześnie. Jego syn nie umarł. Został mu odebrany. A on pozwolił mu odejść, bo ufał.

Spojrzał ponownie na Lukácsa. Nagle na twarzy chłopca pojawiły się znajome rysy: łuk podbródka, kształt brwi.

— Lukacs… wiesz, kim jest twój ojciec?

Chłopiec pokręcił głową.

Augustyn uklęknął przed nim i ostrożnie wziął go za rękę.

— To ja.

Słowa te zostały wypowiedziane cicho, jednak rozdarły powietrze.

Lukacs zamarł. Jego palce były zimne i szorstkie.

„Nie…” wyszeptał. „Mój ojciec… nie wiedział o mnie”.