Potem głosy dzieci, pospieszne kroki, płacz dziecka.
Drzwi powoli się otworzyły.
Mężczyzna, który się pojawił, nie był nieskazitelnym Carlosem, którego widywała każdego ranka w biurze. Trzymając dziecko na ręku, ubrany w starą koszulkę i poplamiony fartuch, z rozczochranymi włosami i głębokimi cieniami pod oczami, Carlos zamarł na jej widok.
„Pani Mendoza…?” W jej głosie słychać było nutę strachu.