Następnego dnia dyrektor szkoły otrzymał oficjalny list: szkoła miała nosić nazwę „Ana Munteanu” – z wdzięczności dla kobiety, która sprzątała podłogi, ale oświecała dusze.
Bo czasami najprostsi ludzie zostawiają po sobie najgłębsze ślady.
Każdego ranka przychodziła przed wszystkimi, z chustą mocno zawiązaną na głowie i workiem suchego chleba dla gołębi na podwórku. Sprzątała klasy, zimą paliła w piecach i, choć nie miała dyplomu, znała na pamięć imiona wszystkich dzieci, które przeszły przez jej ręce.
Kiedy uczeń płakał, głaskała go po głowie. Kiedy nauczycielka krzyczała, przynosiła gorącą herbatę. I często, gdy dzieci przychodziły bez jedzenia, dzieliła się nim ze swojej skromnej paczki, udając, że „przyniosła za dużo”.
Ale pewnego dnia, po prawie 30 latach, dyrektorka powiedziała jej chłodnym tonem: „Ciociu Ano, fundusze zostały obcięte. Musisz odejść. To nie moja wina, ale nie możemy ci już płacić”.