Dojadając maminy kisz z łososiem, mąż oznajmił — od jutra mamy osobny

— Nieważne skąd. Ważne, co dalej. Masz dwie opcje. Pierwsza — wyprowadzasz się dziś, zostawiasz mieszkanie mnie i Lwowi, płacisz alimenty takie, jakie przysługują kierownikowi projektów IT. Druga — wysyłam kopię tego kosztorysu twojemu dyrektorowi HR. Razem z rachunkami z hoteli w godzinach pracy i używaniem firmowej karty do prywatnych celów. Jak myślisz, jak to się nazywa w waszym banku?…

— Zwariowałaś.

— Nie. Po prostu zrobiłam kalkulację. Nauczyłeś mnie liczyć, pamiętasz? Osobny budżet — twój pomysł.

Arsienij wstał gwałtownie, krzesło upadło. Chwycił teczkę i ścisnął ją w dłoniach.

— Nie odważysz się.

— Odważę. I jeszcze jedno. Pozdrów Stellę. Zapytaj, czy potrafi piec kisze z łososiem. A może też zamierzasz ją karmić wypiekami mojej mamy?

Stał i patrzył na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy. Potem powoli rozluźnił palce, rzucił teczkę na stół.

— Zabiorę rzeczy jutro.

— Dziś. Albo naciskam „wyślij” od razu.