„Emma… nie musisz tego robić.”
„Wiem,” powiedziałam.
„Ale jeśli upierają się, żeby patrzeć, jak się męczę, żeby poczuć się ważni, mogą zobaczyć coś innego.”
Następnego dnia zadzwoniłam do gabinetu mojego chirurga i poprosiłam o wydrukowaną kopię moich pooperacyjnych zaleceń na papierze firmowym.
Potem zamówiłam kilka „pomocy rekonwalescencyjnych”, które miały zostać dostarczone — rzeczy, które krzyczały o tym, czego Diane nie chciała usłyszeć.
W Wigilię, kiedy Mark pakował prezenty, przygotowałam jadalnię jak z katalogu — obrus, świece, dobrą porcelanę.
Potem wstawiłam do salonu mały składany stolik i wyposażyłam go jak wózek medyczny: gaza, chusteczki antyseptyczne i mój organizer na tabletki, dumnie pełny.
W południe w Boże Narodzenie zamówiłam pełny catering z najlepszego sklepu spożywczego w mieście.
Indyk, dodatki, ciasto — wszystko.
Dostawa na 16:45.
Nie próbowałam nikogo karać; próbowałam przetrwać.
O 16:58 przebrałam się w moją najmiększą dzianinową sukienkę i przypięłam pod nią worek drenażowy.
Włożyłam puszyste skarpety i chwyciłam balkonik, którego unikałam, bo sprawiał, że czułam się staro.
Mark patrzył, jak ćwiczę powolny, ostrożny chód w stronę drzwi wejściowych.
„To jest… dużo.”