Helena zrobiła krok w bok, ale jej spojrzenie wciąż wracało do Klary Morawskiej. Znała ten wzrok. Znała go aż za dobrze. Taki sam miała Zofia w pierwszych latach

Wokół stolika zapadła cisza. Pani Malinowska, stojąca kilka kroków dalej, pobladła. — To… to nieporozumienie — wtrąciła nerwowo. — Nie oferujemy takich… usług. Helena powoli odwróciła się w jej stronę. — To nie jest usługa, pani. To jest szacunek.

Klara spojrzała na Malinowską — i po raz pierwszy tego wieczoru jej wzrok był twardy, stanowczy. „Dlaczego rozmawialiście o mnie, jakbym nie istniała?” — zamigała. Helena przetłumaczyła to na głos. Julian gwałtownie się wyprostował. — Co takiego? — spojrzał na menedżerkę. — Dlaczego moja matka siedziała tu cały wieczór, nie rozumiejąc ani jednego słowa?

— My… my nie wiedzieliśmy, panie Morawski… — jąknęła się Malinowska. — Wiedzieliście — odpowiedział lodowato Julian. — Po prostu uznaliście, że to nie ma znaczenia. Odwrócił się do Heleny. — Od tej chwili zostaje pani przy naszym stoliku. Będzie pani tłumaczyć wszystko, co moja matka zechce powiedzieć. Czy to jasne? — Tak, proszę pana.

Po raz pierwszy od czternastu godzin ból w nogach Heleny zniknął. Zastąpiło go coś innego — poczucie, że to, co się dzieje, jest właściwe. Wieczór potoczył się zupełnie inaczej. Klara ożywiła się. Pytała o menu, o wino, o widok za oknem. Żartowała — cicho, gestami, ale żartowała. Helena tłumaczyła. Czasem dodawała uśmiech. Czasem łagodny komentarz.