— Szyłam, szyłam ubrania na miarę, przerabiałam stare sukienki, pracowałam u krawców w mieście. Nikomu nie mówiłam, bo wiedziałam, że będziesz się śmiać. I nie miałam ochoty ciągle się ze mnie nabijać.
Mihai już się nie uśmiechał.
— Lenuțo, o czym ty mówisz…?
— Oszczędzałem pieniądze, Mișule. Stopniowo. Czasem 50 lei miesięcznie, czasem 200. Nie mogłem sobie pozwolić na więcej. Ale nic nie wydawałem. Wszystko wpłacałem na konto otwarte na moje nazwisko. I tak wpłacałem.
Kilka kobiet w pokoju uśmiechnęło się lekko. Nie arogancko, ale z podziwem. Jakby doskonale rozumiały, co to znaczy oszczędzać w ciszy, z cierpliwością i hartem ducha.
— A dzisiaj… — powiedziała, rozwiązując wstążkę i pozwalając papierom powoli opaść na stół — daję ci coś, o czym całe życie myślałeś, że ja nie mogę mieć: moją niezależność.
Pierwszym dokumentem, który się otworzył, była umowa kupna-sprzedaży. Na jej nazwisko. Potem kolejny. I kolejny.
Trzy akty własności.
W całym pokoju zapadła całkowita cisza.