— Jeśli tak bardzo potrzebuje pani pieniędzy, Marino Witaljewno, to pr

— Ona… ona roześmiała mi się w twarz, Lioszeńka… Powiedziała, że jeśli potrzebuję pieniędzy, to powinnam iść do pracy, a nie je wymuszać… Powiedziała, że… — tu Marina Witaljewna wykonała genialny ruch; jej głos opadł do tragicznego szeptu, — że jestem dla niej nikim… i że jeśli ty jesteś taki podatny na wpływy, to i ty jej nie jesteś potrzebny… A potem… potem po prostu otworzyła drzwi… i wyrzuciła mnie. Jak psa, Lioszeńka… Ja teraz stoję na klatce schodowej… sama…

Obraz, który namalowała, był potworny. W głowie Aleksieja natychmiast ułożyła się układanka: jego zmęczona, nieszczęśliwa matka upokorzona do granic, i jego żona — bezduszny, okrutny potwór. Wszystkie wątpliwości, które mogłyby się pojawić, zostały starte wieloletnim nawykiem wierzenia w każde jej słowo. Jego świat był prosty: mama to świętość. A ten, kto obraża świętość — jest wrogiem.

— Mamo, uspokój się. Słyszysz? Natychmiast idź do domu. Jadę — uciął.

Rozłączył się, nie czekając na odpowiedź. Wrócił do sali narad, zgarnął ze stołu laptop i kluczyki do samochodu. — Nagłe sprawy rodzinne — rzucił do szefa i, nie patrząc na nikogo, wyszedł. W jego głowie pulsowała jedna jedyna myśl, rozgrzana do czerwoności. Cios w skroń. Zniewaga. Jego matka. Jego matkę wyrzucono za drzwi.

Prowadził, nie zauważając ani świateł, ani innych uczestników ruchu. Sprawiedliwy gniew wypełnił go po brzegi, nie zostawiając miejsca na pytania czy wątpliwości. Nie jechał, żeby wyjaśniać. Jechał wymierzyć sprawiedliwość. A sprawiedliwość, jak ją rozumiał, miała się dokonać natychmiast.

Drzwi do mieszkania nie otworzyły się — zostały wyrwane z futryny siłą przekręcanego klucza. Aleksiej wpadł do przedpokoju, nawet nie zdejmując płaszcza. Jego twarz była posępna, niemal obca, wykrzywiona grymasem „sprawiedliwego” gniewu. Swietłana siedziała w fotelu w salonie, z książką na kolanach, której jednak nie czytała. Czekała. Podniosła na niego wzrok — i w jej oczach nie było ani strachu, ani zdziwienia. Tylko zmęczone przyjęcie tego, co nieuchronne.