— Jeśli tak bardzo potrzebuje pani pieniędzy, Marino Witaljewno, to pr

— Co ty sobie w ogóle wyobrażasz? — zaczął już od progu; jego głos był niski i tłumiony, przez co brzmiał jeszcze groźniej. Nie krzyczał. Oskarżał.

Swietłana milczała, po prostu patrząc na niego. Widziała przed sobą nie męża, lecz żołnierza wysłanego do walki. Obcego żołnierza.

— Wyrzuciłaś moją matkę? Moją matkę! Starszą osobę! Wystawiłaś ją za drzwi?! — zrobił krok w głąb pokoju, jego pięści były zaciśnięte. Oddychał ciężko, jak po szybkim biegu. — Dzwoniła do mnie, była w fatalnym stanie! Przez ciebie!

Czekał na odpowiedź. Na tłumaczenia, krzyki, kłótnię. Na cokolwiek, co potwierdziłoby istnienie konfliktu, w którym mógłby być sędzią. Ale Swietłana nadal milczała — i to milczenie doprowadzało go do szału bardziej niż jakakolwiek słowna przepychanka.

— Czekam na odpowiedź! — warknął, tracąc resztki samokontroli. — Natychmiast weźmiesz telefon, zadzwonisz do niej i przeprosisz! Słyszysz mnie? Będziesz ją błagać o wybaczenie!

Mówił jak do winnej podwładnej, jak do istoty niższego rzędu, która ośmieliła się naruszyć nienaruszalne prawo. Swietłana powoli zamknęła książkę i odłożyła ją na stolik obok.