— Jeśli tak bardzo potrzebuje pani pieniędzy, Marino Witaljewno, to pr

— Nawet nie zapytałeś, co się stało, Aleksieju — odezwała się cicho, ale przez to jej słowa miały jeszcze większy ciężar. W pokoju dźwięczącym od jego gniewu ten cichy głos zabrzmiał jak uderzenie dzwonu.

— A co tu pytać?! — wybuchł. — Matka mi wszystko opowiedziała! Jak się nad nią znęcałaś, jak ją poniżałaś! Jak odmówiłaś pomocy i wyrzuciłaś ją na bruk! Chcesz powiedzieć, że ona to wszystko wymyśliła?!

— Nie — odpowiedziała spokojnie Swietłana. — Nie chcę tego powiedzieć. Chcę powiedzieć, że przyjechałeś tu, już znając całą „prawdę”. Nie potrzebujesz mojej wersji. Nie potrzebujesz dialogu. Potrzebujesz, żebym wykonała rozkaz twojej mamy.

Aleksiej zamarł. Znów go rozbroiła — ale tym razem cios nie był wymierzony w jego matkę, tylko w niego samego. Rozcięła jego motywy z precyzją chirurga.

— Ty… ty teraz próbujesz wszystko wywrócić do góry nogami! Zrzucić winę na mnie! — usiłował odzyskać inicjatywę, ale jego głos nie brzmiał już tak pewnie.

— Nie ma żadnej winy, Aleksieju. Jest tylko wybór. I ty go dokonałeś, zanim jeszcze przekroczyłeś próg tego mieszkania. Wybrałeś ją. Jej spektakl, jej manipulacje, jej wersję rzeczywistości. Masz do tego prawo. — Swietłana podniosła się z fotela. Była absolutnie spokojna. Na jej twarzy nie było nic poza chłodną, ostateczną decyzją. — Ona żądała pieniędzy, grożąc, że zniszczy naszą rodzinę. Powiedziałam jej, że jeśli jesteś tak podatny na wpływy, iż jej na to pozwolisz, to taki mąż nie jest mi potrzebny. I miałam rację.

Spojrzała mu prosto w oczy, i w jej spojrzeniu nie było ani miłości, ani nienawiści. Była pustka. Miejsce, w którym kiedyś był, zostało wypalone do cna.