— Mamo, co się stało? Gdzie jesteś? — jego ton zmienił się natychmiast. Cała biznesowa otoczka opadła, odsłaniając instynkt obrońcy.
— Ja… ja byłam u was… — głos Mariny Witaljewny drżał i urywał się, jak u kogoś, komu brakuje powietrza. — Po prostu wpadłam… herbaty się napić… Swietoczkę odwiedzić…
Zrobiła pauzę, pozwalając synowi namalować w wyobraźni ten sielankowy obrazek.
— I co? Co się wydarzyło? Swieta jest w domu?
— Jest w domu… — nowy szloch, już bardziej rozpaczliwy. — Lioszeńka, ja nie wiem, co ja jej zrobiłam… Przecież tylko… tylko wspomniałam, że koleżanki jadą do Turcji… Że tak mi się chce choć raz… na starość… ucieszyć… O nic nie prosiłam, synku, przecież wiesz, ja nigdy…
Kunsztowne kłamstwo, szlifowane latami. Aleksiej już się spiął, zacisnął szczęki. Wyobraził sobie swoją drobną, starzejącą się matkę, która dzieli się skromnym marzeniem.
— I co ona? — warknął.