— Jeśli tak bardzo potrzebuje pani pieniędzy, Marino Witaljewno, to pr

Aleksiej siedział na naradzie w pracy, gdy telefon zawibrował w kieszeni marynarki. „Mama”. Skrzywił się i odrzucił połączenie. Dziesięć sekund później telefon zawibrował ponownie. I znów. Przeprosił, wyszedł na korytarz i odebrał, gotów usłyszeć kolejne narzekanie na aptekę albo hałaśliwych sąsiadów.

— Tak, mamo, jestem na spotkaniu, coś pilnego?

Zamiast zwyczajowego energicznego głosu usłyszał cichy, zdławiony szloch. Dźwięk, który od dzieciństwa był jego osobistym kodem czerwonego alarmu.

— Lioszeńka… synku…